Rząd debatuje nad podwyższeniem składek do ZUS płaconych przez przedsiębiorców. Obecnie wynoszą około 600 złotych, ale ambicją premiera Tuska jest ustalenie ich w zależności od dochodu, w granicach od 400 do 2400 zł miesięcznie.
"Obecnie przedsiębiorcy odprowadzają do ZUS składki od dochodu nie niższego niż 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Od 1 lutego osoby prowadzące własną działalność gospodarczą muszą zapłacić łącznie 933,45 zł składek do ZUS wraz z ubezpieczeniem zdrowotnym i składką na Fundusz Pracy. Z tego 669 zł (z chorobowym) to składki na ubezpieczenie społeczne". - donosi serwis internetowy bankier.pl
Nie da się ukryć, że tak wysokie obciążenia stanowią kolejny balast dla polskiej gospodarki, jak zawsze dla małych i średnich firm. Trudno nie nazwać tego inaczej, jak po prostu kolejnym, bardzo dotkliwym podatkiem.
Słona składka zdrowotna w teorii powinna służyć zagwarantowaniu opieki zdrowotnej. Jak z tym jest, wie każdy. Wciąż powtarzane przez polityków frazesy o "bezpłatnej służbie zdrowia" są niczym więcej, jak po prostu mydleniem oczu i agitacją wyborczą. W praktyce, owa "darmowa" opieka zdrowotna słono kosztuje, dużo więcej niż w państwach, gdzie jest ona w większości prywatna (vide Japonia, Hongkong).
O składce emerytalnej natomiast mówiło się już bardzo dużo. W praktyce, więcej daje oszczędzanie przez całe życie niż owa, państwowa zapomoga. Wielu ludzi nigdy nie dożywa wieku emerytalnego, a ci, którzy byli dość szczęśliwi, nie żyją na niej dłużej niż kilka lat. W przypadku indywidualnych oszczędności to człowiek może dowolnie wybierać ile chce odłożyć i może dowolnie dysponować swoim majątkiem. Może również przekazać go dzieciom czy wnukom. W państwowym systemie emerytalnym, jest po prostu dojną krową, którą całe życie doi się z wypracowanej w pocie czoła pensji.
Jak jednak powiększenie składki wpłynie na polską gospodarkę? Przede wszystkim, jak szacuje PKPP Lewiatan, oznacza to wyciągnięcie z niej dodatkowych 4 miliardów złotych, co jak nietrudno się domyślić, niczego dobrego nie wróży.
Niestety, nasz „liberalny” rząd, tak jak i wszystkie inne przed nim dąży do coraz większego opodatkowania dwóch grup społecznych – przedsiębiorców i pracowników sektora prywatnego – tych, którzy mają największy wpływ na gospodarkę i dzięki którym Polacy są coraz bogatsi. Jest to dużo łatwiejsze niż zmaganie się ze strajkami i paraliżem sektora państwowego w przypadku próby uderzenia w interesy budżetówki – urzędników, nauczycieli, lekarzy i służb mundurowych.
Podsumowując, pomysł ten trzeba traktować jak kolejny podatek, kolejną grabież wymierzoną w przedsiębiorcę i gospodarkę. Najprawdopodobniej spowoduje to odpływ firm, które rejestrowane będą w krajach, w których składki są o wiele niższe. Może wtedy, gdy wpływy do budżetu będą mniejsze, rząd przejrzy na oczy.


